To kolejny z długo wyczekiwanych przeze mnie filmów, który
niestety nawet delikatnie nie ociera się o pokładane weń oczekiwania. Trudno
uwierzyć, że ten przesycony prostactwem i tanią brutalnością obraz wyszedł spod
tej samej reżyserskiej ręki, cofascynujące
meandrami zawiłej fabuły „Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta
Forda” czy pełnokrwisty (dosłownie!), lecz z klasą „Chopper”. Porównania tego
obrazu do kina Tarantino czy Cohenów są mniej więcej tak trafione jak próba oskubania
z grubej kasy potężnej mafii przez dwójkę zaćpanych opryszków, która to stanowi
punkt zapalny rozgrywanej w „Killing them softly” historii.
Proponowana przez Dominika paralela między przestępczym
światkiem a polityczno-społecznymi rozgrywkami sama w sobie może i byłaby
ciekawa, ale nachalne upychanie radiowo-telewizyjnych komentarzy gdzie popadnie
jest niezwykle irytujące. Zwłaszcza, że wątpiąc chyba w możliwości
intelektualne widzów, w finalnej scenie Brad Pitt i tak podsumuje wszystko
jednym wielce błyskotliwym zdaniem.
Nawet stylizacyjne zabiegi, okraszające ów film, nie służą
niczemu więcej niż czczej wizualnej atrakcyjności i zieją beznadziejną pustką.
Spektakularne zabójstwa w slow-motion czy psychodeliczne odloty pary niewydarzonych
rzezimieszków tylko drażnią, bo nie trzymają się z całością przysłowiowej kupy.
Nawet aktorsko „Killing them softy” irytuje - pomimo nazwisk
z najwyższej półki. Pitt smakuje tu niczym odgrzewany, niedoprawiony
kotlet – niby można przełknąć, ale jako danie główne raczej furory nie robi. Uwagę
przykuwa jedynie James Gandolfini, który w kategorii „obleśne/odpychające”
oficjalnie ląduje w ścisłym top ten.
Nie będę już nawet próbowała dociekać, jakie przesłanki
kierowały polskimi dystrybutorami filmu podczas przekładu tytułu. Najzwyczajniej
w świecie nie mam już na to siły. Konkluzja
jest taka: „Zabić, jak to łatwo powiedzieć” - spartolić, jak to łatwo zrobić. 5/10
Już po pierwszych paru minutach oglądania Elizabeth Olsen na ekranie,
narastała we mnie nieśmiała ekscytacja. Oto bowiem wyłania się nowy talent.
Subtelna i eteryczna, a jednocześnie tak boleśnie prawdziwa i naturalna.
Piękna, w nie do końca oczywisty sposób, ze spojrzeniem skrywającym tajemnicę.
Brakuje takich postaci wśród aktorek młodego pokolenia. Nietuzinkowych, w
których niewinność i młodość igrają bezczelnie z jakąś niezwykłą dojrzałością i
refleksją.
Nazwisko Olsen, dotąd kojarzące się, z raczej mało chlubnymi,
ekscesami bliźniaczek z „Pełnej chaty”, ma szansę na rehabilitację. Rola ich
starszej siostry w pełnometrażowym debiucie Seana Durkina, bez wątpienia
namiesza nieco filmowym światku.
Stwierdzenie, że to film o traumie osoby, która doświadczyła życia w
sekcie i próbuje powrotu do „normalnego” świata to zdecydowanie za mało. Właściwiej
chyba byłoby czytać ten obraz jako opowieść
o żmudnym procesie krystalizowania się wartości, czasie młodzieńczego
ideowego buntu, wątpienia i poszukiwania
własnej tożsamości, potrzebie akceptacji
i utożsamienia się z określoną grupą, ideologią, sposobem życia.
Okołosekciarska komuna przeciwstawiona modelowemu związkowi pary japiszonów, to
równocześnie punkt wyjścia do zaprezentowania mechanizmów manipulacji,
zniewolenia i uzależnienia, panujących w patriarchalnym systemie. Okazuje się
bowiem, że oba przypadki są odmienne jedynie pozornie…
Martha (wówczas Macy May)uciekła do sekty, bo ta kusiła, nieobciążoną
konsumpcjonistycznym bagażem, wizją wolności. W Stanach takich domorosłych grup
jest wiele, podczas gdy w naszej, polskiej świadomości nadal lokują się w
sferze jakiejś niezwykle odległej egzotyki, bardziej niż z życia, znane raczej
z telewizyjnych talk-showów. Sekta z
filmu Durkina nasuwa prędzej skojarzenia z hipisowską komuną sprzed paru dekad,
a jej lider (elektryzujący John Hawkes) przywodzi na myśl Charlesa Mansona w
wersji Zen.
Utopijna wizja
nie wytrzymuje jednak starcia z brutalną, przesyconą hipokryzją
rzeczywistością. Martha ucieka więc po raz kolejny – tym razem do swej starszej
siostry i jej męża. Do ich luksusowej posiadłości, drogich samochodów, ultra
zdrowych koktajli z niemodyfikowanych genetycznie składników i boleśnie
przytłaczającej mieszczańskiej mentalności.
Wspomnienia dwóch lata spędzonych w odciętej od świata (mimo, że
ulokowanej na nowojorskich obrzeżach) komunie, nieustannie powracają do dziewczyny
w postaci koszmarów i nieoczekiwanych
flashbacków. Takie celowe spiętrzenie
retrospekcji, nie wprowadza jednak narracyjnej dezorientacji. Niełatwo, co
prawda, odróżnić, co jest rzeczywistym wspomnieniem, co zaś projekcją
umęczonego umysłu Marthy, niemniej jednak ten klimat niejasności i piętrzących
się niedopowiedzeń idealnie koresponduje z ostatecznym posmakiem, jaki obraz
pozostawia.
Durkin w gorzki sposób konfrontuje karykaturę pseudo-hipisowskich ideałów z zaawansowanym
konsumpcjonizmem i egzystencją osnutą na kapitalistycznych pryncypiach.
Pokazuje jednocześnie smutną prawdę o tym, że dla osób (a zwłaszcza kobiet), które
nie godzą się na poddanie zasadom zawoalowanego patriarchatu i pogodzenie z
trawiącym kapitalistyczny świat nowotworem konformizmu, nie ma łatwej drogi.
Martha Macy May Marlene – każde z tych imion wyznacza symboliczne
momenty przejścia bohaterki, kolejne etapy poszukiwania siebie. Ostatnie –
Marlene, pozostaje nie odkryte. Nie wiemy kim jest Marlene ani kim będzie. Tym
prostym i nienachlanym zabiegiem reżyser pozostawił historię niedomkniętą. Bez
tandety i tanich wybiegów. Z klasą.
"Martha Macy May Marlene", 2011 USA
reż. Sean Durkin
tekst: Oliwia Misztur
Tekst był wcześniej opublikowany tu: http://www.filmweb.pl/user/triliv/reviews/Girl+interrupted-12835
Przeprowadzona w 1979 roku operacja
odbicia szóstki amerykańskich dyplomatów z ogarniętego
zamieszkami Teheranu, wydawała się zbyt absurdalna, by
faktycznie mogła zakończyć się sukcesem. A jednak. Film Afflecka to nie tylko próba rekonstrukcji tamtych zdarzeń, lecz również
hołd dla magii kina – wszak ten rewelacyjny obraz nie
mógłby powstać bez scenariusza kiczowatego science-fiction,
który stał się przykrywką dla całej, wielce ryzykownej, misji.
W „Operacji Argo” napięcie nie
opada nawet na ułamek sekundy, a błyskotliwe wolty imponująco
splatają się z humorem najwyżej próby (o ten dbają niezawodny
John Goodman oraz Alan Arkin w rolach weteranów hollywoodzkiej
„Fabryki snów”). Affleck utwierdza w przekonaniu, że reżysersko
wypada dużo sprawniej niż aktorsko (choć do jego roli a „Argo”
naprawdę nie można się przyczepić). Konstruuje swój film bardzo
świadomie i inteligentnie, łącząc polityczny thriller, dramat i
komedię w idealnie wyważonych proporcjach. Doskonale radzi sobie
również z rozwiązaniami formalnymi - jego obraz to bardzo udany
ukłon w stronę kina sensacyjnego i szpiegowskiego lat 70-tych.
Jedynym, lecz niestety poważnym,
zarzutem wobec filmu Afflecka jest jego rażąca stronniczość i
rysowanie całej historii na zasadzie opozycji – dobrzy, sprytni i
waleczni Amerykanie (ba, nawet Kanadyjczycy mają swoje pięć
minut) kontra wściekły, niezdolny do pertraktacji irański motłoch.
I, mimo, że „Operacja Argo” ląduje w moim topie thrillerów
ostatnich lat, na takie podejście moją jedyną reakcją musi być
niestety ironicznie cedzone przez bohaterów, „Argo, fuck
yourself”. 9/10
Dzisiaj pozwolę sobie na odrobinę prywaty, okazja jest
bowiem wyjątkowa :)
Wraz z grupą przyjaciół – ludzi twórczych i pełnych pasji,
założyliśmy Fundację East Side, skupiającą swe artystyczno-kulturalne działania
wokół szeroko rozumianego Wschodu (więcej możecie doczytać na naszym profilu fejsowym:
https://www.facebook.com/eastsidefoundation,
możecie do nas również napisać, polubić, polecić – będzie nam bardzo miło;)).
Fundacji, pomimo króciutkiego stażu, udało się zorganizować
naprawdę ciekawy i znaczący event, mianowicie – zostaliśmy współorganizatorami
wrocławskiej edycji Festiwalu WatchDocs – Prawa Człowieka w Filmie. I właśnie o
nim chciałabym Wam podrzucić parę zdań.
Startujemy jutro o 16:00 we wrocławskim DCF-ie, więc kto może
– niech zagląda, bo program zapowiada się smakowicie. Zaserwujemy Wam 9
doskonałych dokumentów, ciekawych zarówno ze względów formalnych, jak i pod
kątem problematyki. Część z zaprezentowanych filmów stanowi nasz dyskretny ukłon w stronę Wschodu. Tam bowiem leży prawdziwa odwaga.
Już w piątek o 19:00 pokażemy „Miasto bez granic”, opowiadający o Stambule i jego problemach rozgrywających się
na styku urbanistyki i społeczeństwa.
W sobotę będzie można obejrzeć m.in. „Spisek żarówkowy”,
doskonały dokument o celowych skracaniu życia przedmiotów oraz nagradzany na
licznych festiwalach „Lot specjalny” – opowieść o egzystencji mieszkańców i pracowników ośrodka dla nielegalnych imigrantów
we Frambois w pobliżu Genewy ukazującą ludzkie dramaty wynikające z
barbarzyństwa procedur.
W niedzielę warto zobaczyć znakomity obraz
"Mit Pruitt-Igoe" - w którym problematyka społeczna splata się z
historią architektury i przemianami politycznymi. Na sam koniec zaś zostawiamy
perełkę w iście kafkowskim stylu, „Zamek” kunsztowny formalnie film pokazujący codzienne funkcjonowanie jednego z
największych lotnisk świata.