wtorek, 11 września 2012

Popowy żywot wrogów publicznych. Recenzja „W drodze” Waltera Sallesa


Gdyby pokusić się o zrobienie zestawienia kultowych książek nieprzekładalnych na język filmu, " W drodze" Kerouac'a miałoby spore szanse na ścisłą czołówkę. Zadanie to zdaje się karkołomne przede wszystkim ze względu na wielowątkowość i epizodyczność powieści. I faktycznie, przez lata Copolla (który zakupił prawa do filmu już przeszło 30 lat temu) nie mógł znaleźć kandydata godnego zajęcia miejsca za kamerą. Koniec końców realizacja obrazu przypadła Walterowi Sallesowi, (reżyserowi m.in."Dzienników motocyklowych").

Niestety, bez powodzenia. Filmowa materia nie wytrzymała starcia z literackim pierwowzorem. Powstał film, który dla widza, nie mającego uprzednio styczności z powieścią, okazuje się zagmatwany i niejasny. Mimo wielu pozytywów, zbyt łatwo pogubić się w galimatiasie zdarzeń i pobocznych historii, natłoku nazwisk i miejsc.

Podobno Kerouac pisał "W drodze" jednym ciągiem, pozostając w trzytygodniowym narkotycznym transie. Jego tekst jest zbiorem epizodów, w którym istotniejsza od linearnej fabuły jest emocjonalna intensywność poszczególnych historii. Specyficzna atmosfera i rytm książki stanowiące o jej wyjątkowości, ulotniły się niestety niczym kamfora wraz z przeniesieniem jej na taśmę celuloidu.

"W drodze" to historia opowiadana przez młodego pisarza (alter ego Kerouac'a), Sala Paradise’a (jeden z ciekawszych aktorów młodego pokolenia, Sam Riley), który wraz z charyzmatycznym przyjacielem, Dean’em Moriarty’m i paczką przyjaciół przemierza Amerykę wte i wewte w nieustannym poszukiwaniu przygód, doświadczeń i zabawy, lecz przede wszystkim czegoś nieuchwytnego i nieokreślonego.

Warto pochylić się na moment nad postacią Deana, bo jest ona właściwie motorem wprawiającym w ruch wszystkie pozostałe (tu cała plejada młodych, pięknych i rozchwytywanych przez Holywood - z Kirsten Dunst, Kristen Stewart i Tom'em Sturridge’m na czele). Rola Moriarty’ego to nie lada wyzwanie. Krążą nawet plotki, że lata temu Kerouac marzył, by zobaczyć w niej samego Marlona Brando. Tymczasem, przypadła Garrett'owi Hedlundowi, dotąd grywającemu głównie w blockbusterach typu "Tron", "Eragon" czy "Troja". Taki wybór mógł być niebezpieczny, tymczasem – efekt okazał się zaskakująco dobry. Hedlund, młodzian o urodzie nieco zawadiackiej i buńczucznej, wykrzesał z siebie fajerwerki dzikości, nieskrępowanego szaleństwa i dziecięcej spontaniczności. Dokonał tego, co udaje się niewielu – przez chwilę stał się Deanem Moriarty’m – namiętnym szaleńcem, mknącym w amoku przez kilometry kolejnych doświadczeń. Świetna rola i równocześnie najtrafniejszy strzał w doborze obsady. Reszta wydała mi się raczej chybiona, w wielu momentach odnosiłam wrażenie jakby aktorzy (nota bene doświadczeni i naprawdę dobrzy) grali trochę "po omacku", męcząc zarówno siebie, jak i widzów.

Tyle jeśli chodzi o przystawkę, teraz czas na danie główne, niestety nieco bardziej mdłe. Podstawowym błędem Sallesa i równocześnie największym mankamentem jego filmu jest nieuzasadnione pominięcie kontekstu społeczno-historycznego powieści Kerouac'a, kluczowego dla zrozumienia fenomenu pokolenia bitników, którzy, wedle słów J.E. Hoovera stanowili, obok komunistów największe zagrożenie dla Ameryki.

A był to przecież czas kiedy Ameryka oszalała! Z jednej strony Zimna Wojna z drugiej - post-kryzysowy kapitalistyczny boom podszyty pruderyjną miejską mentalnością. Polityczny wyścig zbrojeń i przykładni mężowie wracający po pracy do schludnego domku i swej osobistej "żony ze Stepford" czekającej z gorącym stekiem na talerzu.

Bitnicy zatrzęśli światem wartości amerykańskich mieszczan, wiodąc buntowniczy żywot zaprawiony psychoaktywnymi substancjami, alkoholem, seksualną rozwiązłością i polityczną dywersją. Stanowił on bezprecedensowy rodzaj reakcji na doświadczenie zimnowojennej rzeczywistości, nuklearnego zagrożenia i kryzysu.

Salles natomiast serwuje nam bitników w stylu MTV - jako bandę rozochoconych, gładkolicych młodziaków, rozpieranych imprezową chucią. Ich jedynym zwrotem ku jakiejkolwiek refleksyjności jest namiętna lektura Prousta, a właściwie ostentacyjne wymachiwanie okładką książki na ekranie. Czcze i pretensjonalne.

Bitnicy a.d. 2012 to kolejna egzemplifikacja tego, jak wszystkożerna popkultura pochłania kolejny wielki mit, wydalając ładnie opakowany produkt. Nie ma się co oszukiwać, znak naszych czasów. I tak, jak podobizny Che czy Lennona lądują na seryjnie produkowanych koszulkach i gadżetach dla "zbuntowanej" młodzieżówki, tak Kerouac, Ginsberg, Cassady, a wraz z nimi całe pokolenie bitników zostają przemieleni na pop-użytek. W konsekwencji "W drodze" okazuje się całkiem znośnym, lecz niestety zaledwie, filmem dla współczesnych nastolatków i o nastolatkach. I niczym więcej.

Tekst Kerouac'a jest hołdem złożonym najodważniejszym, najbardziej bezkompromisowym umysłom pokolenia, film niestety pod tym względem pozostaje zaledwie jego bladym odbiciem. Doskonale natomiast sprawdza się w warstwie estetycznej. Salles świetnie odtworzył specyficzny klimat Ameryki przełomu lat 40-50-tych, zarówno dzięki dbałości o stylizacyjny detal, jak i rewelacyjnemu doborowi zdjęciowych przestrzeni. Krajobrazy w jego filmie oddają to, czego zabrakło w scenariuszu – nostalgię, poczucie ulotności i tęsknotę za wolnością totalną.

Droga opisana przez Kerouac'a uwiodła mnie, ta pokazana przez Sallesa, niestety, głównie znużyła, okazując się kolejnym dowodem na to, że jest literatura wobec której kino winno pokornie spuścić głowę i nie porywać się na przenoszenie jej na srebrny ekran.



"W drodze", 2012 Brazylia, Francja, USA, Wielka Brytania
 reż. Walter Salles
 tekst: Oliwia Misztur

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz